Czasami warto powstrzymać się od mówienia - rozmowa z Jakubem Terczem
Agata Jabłonowska-Turkiewicz
Z Jakubem Terczem, doktorem nauk humanistycznych, inicjatorem Mazowieckiej Szkoły Zdrowienia rozmawia Agata Jabłonowska-Turkiewicz.
– Spotykamy się, żeby porozmawiać o narracji, która towarzyszy kryzysowi zdrowia psychicznego. Mam na myśli kilka kwestii z tym związanych. Po pierwsze – jak mówić o chorobach psychicznych i osobach, które ich doświadczają? Po drugie – jakiego języka moglibyśmy używać w stosunku do osób w kryzysie zdrowia psychicznego, a który wspierałby proces ich leczenia bądź zdrowienia? (do różnicy między słowami „leczenie” i „zdrowienie” jeszcze wrócimy). Po trzecie – jakiego języka, a konkretnie słów, fraz nie powinniśmy używać? Jestem w trakcie lektury książki „Uwięzieni w słowach rodziców”, która omawia „zaklęcia”, jakie słyszymy w dzieciństwie i które czasami niszczą nasze życie. Tak więc mocy słów nie można chyba ignorować…
– Słowa, jakie wypowiadamy, są ważne. Mam jednak głębokie przekonanie, że ważniejsze jest to, jak je wypowiadamy. A jeszcze ważniejsze wydaje mi się to, czego nie wypowiadamy. Rozmowa to nie tylko wymiana słów. Jeśli spotykamy kogoś, komu jest trudno w danym momencie, to ważne, aby nie bać się tej sytuacji. Jeżeli podchodzę ze strachem do kogoś, kto już i tak jest prawdopodobnie w lęku, to tych trudnych emocji może tylko przybyć i wcale w taki sposób drugiej osobie nie pomogę. Tak więc po pierwsze – nie bać się „być” z taką osobą. Czasami warto w ogóle powstrzymać się od mówienia. Przydaje się też „odwieszenie”, tak jak odwiesza się płaszcz na wieszaku, mojej własnej pewności, że „wszystko wiem, rozumiem, doradzę”. Po ten płaszcz mogę zawsze wrócić. Jeżeli mam coś ważnego do powiedzenia, pomysł na konkretne rozwiązanie, jeżeli naprawdę coś rozumiem, bo tak przecież też może być, to ta pewność i to zrozumienie, jeśli są prawdziwe, nigdzie nie uciekną. Warto poczekać na moment, gdy po tej drugiej stronie pojawi się gotowość na ich przyjęcie. Rozwiązanie rzadko bywa dobrym otwarciem.
– Jaki język jest adekwatny do mówienia o zdrowiu psychicznym?
– Gdy w 2015 roku razem z prof. Andrzejem Kapustą zorganizowaliśmy po raz pierwszy Otwarte Seminarium Filozoficzno-Psychiatryczne, za temat główny postawiliśmy takie właśnie pytanie. Zaprosiliśmy do debaty prof. Zofię Rosińską, filozof, oraz prof. Jacka Wciórkę, psychiatrę. Z ich rozmowy wynikło, że najlepiej nadaje się do tego język potoczny. Język filozofii jest zbyt wątpiący, problematyzujący, nieskończony i ze względu na charakter pojęć filozoficznych – abstrakcyjny. Z kolei język psychiatrii jest zbyt konkretny, pragmatyczny, techniczny i też abstrakcyjny, choć z innych powodów niż język filozofii, ponieważ diagnozując zaburzenie pomija to, co nie mieści się w katalogu objawów oraz może dojść do zablokowania mówienia o tym, co pozostaje w osobie zdrowego. Dlatego najlepszy jest język potoczny, czyli zwykły, codzienny, wspólny dla dwóch osób. Kilka miesięcy później zorganizowaliśmy kolejną konferencję, na której prof. Bogdan de Barbaro wrócił do tego tematu i dołożył do niego kwestię etyczną – o tym, jak nam jest, należy rozmawiać z miłością, czyli z troską i chęcią czynienia dobra, ale nade wszystko z otwartością. Jeśli miałbym wskazać jakieś konkretne podejście, które zbierałoby te wątki i byłoby mi bliskie w kontekście organizacji wsparcia w kryzysie psychicznym, to będzie to Otwarty Dialog (open dialogue approach – ODA).
– Czy to jest metoda terapeutyczna, stosowana w gabinetach psychoterapeutycznych czy Dialog Otwarty możemy stosować w codziennym życiu?
– Kilka lat temu brałem udział w rocznym szkoleniu z Otwartego Dialogu. W szkoleniu uczestniczył personel Instytutu Psychiatrii i Neurologii: psycholodzy, psychoterapeuci, asystenci zdrowienia, pielęgniarki psychiatryczne i ja, zajmujący się wtedy komunikacją między Mokotowskim Centrum Zdrowia Psychicznego a społecznościami lokalnymi dzielnicy. Więc tak, Otwarte Dialogi – bo lubię taką formę w liczbie mnogiej – mogą być stosowane w praktyce. Główny element tego podejścia powstał przez przypadek podczas sesji psychoterapii systemowej, w której część zespołu terapeutycznego siedzi za lustrem weneckim i może komunikować się z głównym pokojem sesji, w której uczestniczy rodzina, ale zasadniczo ma post factum przekazać swoje obserwacje głównemu terapeucie prowadzącemu. Pewnego razu doszło do awarii, mikrofon się nie wyciszył, więc rodzina usłyszała luźne komentarze pomiędzy tymi terapeutami, których z założenia mieli nie usłyszeć. Ta rodzina powiedziała, że to dla nich było bardzo cenne. I to jest jeden z głównych formalnych elementów podejścia otwartodialogowego: zespół reflektujący, odzwierciedlający, najlepiej kilkuosobowy może być tworzony przez osoby bez profesjonalnego wykształcenia medycznego czy psychoterapeutycznego, do tego nie jest schowany, ale towarzyszy osobie w kryzysie. Wszystko jest właśnie otwarte i dzieje się w takim wielodialogu.
– Początki Otwartego Dialogu sięgają lat 80. XX wieku. Warto tez zaznaczyć, że narodził się w Laponii.
– Samo podejście powstało w latach 80. ubiegłego stulecia w Laponii, w północnej Finlandii. Brakowało tam psychiatrów, a ludzie byli zgrupowani w małych lokalnych społecznościach. Gdy u kogoś pojawiały się poważniejsze problemy psychiczne, próbowano mu pomóc organizując spotkania tych społeczności. Siadano i rozmawiano, każdy mógł przedstawić swoją perspektywę, tak samo rodzina, sąsiad i nauczyciel. To wszystko odbywało się przy zminimalizowanym wsparciu personelu psychologicznego. Z czasem uporządkowano to podejście, sprawdzono jego efektywność, włączono też wspomniany element z psychoterapii systemowej, ale już bez lustra. Natomiast wystrzegałbym się mówienia o metodzie. Nas uczono, że jest to „sposób organizacji wsparcia”, natomiast nie ma tutaj gotowego przepisu na sukces.
– Czy nie jest tak, że problemy komunikacyjne, ten swoisty brak dialogu zarówno z dorosłymi, jak i rówieśnikami, to jedna z istotnych przyczyn trudności młodzieży w obszarze zdrowia psychicznego?
– W ubiegłym roku Fundacja Otwarte Seminaria Filozoficzno-Psychiatryczne brała udział w projekcie „Analiza wsparcia psychologicznego dla dzieci i młodzieży”, zleconym przez Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego. Główna część projektu była badawcza – firma IBC Advisory sprawdzała dostępność i jakość wsparcia psychologicznego w szkołach. Natomiast my odpowiadaliśmy za gratyfikacje dla szkół, czyli m.in. organizowaliśmy szkolenia psychologiczne dla personelu. Co się okazało? Nauczyciele, pedagodzy i psycholodzy szkolni, których poznaliśmy, przede wszystkim chcieli po prostu mówić, bo tak naprawdę nikt ich od dawna nie wysłuchał, nie doświadczali rozmów odwentylowujących, z zewnętrznym spojrzeniem trzeciej osoby. Dlatego w praktyce szkolenia miały charakter superwizji. Te spotkania miały ograniczony czasowo charakter, więc prawdopodobnie nie rozwiązaliśmy żadnej konkretnej sprawy, ale mogę mieć nadzieję, że pomogliśmy kilku osobom uporządkować sytuacje, w których zawodowo się znajdują, w które są zaplątani i nie wiedzą, jak pomóc swoim uczniom, przez co mogą zaniedbywać samych siebie. W związku z tym nasuwa się pytanie: jak realnie może wyglądać dialog dorosły–dziecko, kiedy dorosły sam ma poczucie, że nie jest wysłuchany? Jak dorosły ma wspierać dziecko, kiedy sam nie otrzymuje odpowiedniego wsparcia?
W ramach tego projektu prowadziliśmy także warsztaty psychologiczne dla uczniów. Okazało się, że większość po raz pierwszy siedziała w układzie kręgu, który jest podstawową metodą pracy nad komunikacją w grupie. Zauważyliśmy też, że im mniejsza jest placówka, tym komunikacja wśród uczniów lepsza – trochę jak w tych małych lapońskich społecznościach, gdzie powstał Otwarty Dialog. I że im lepsza jest komunikacja między dyrektorem a pozostałą częścią personelu, tym lepiej też komunikują się między sobą uczniowie. A jeśli komunikacja jest lepsza, tym więcej jest pomiędzy uczniami współpracy, tym emocje w grupie bardziej wyregulowane. Jeśli jest odwrotnie, komunikacja jest na niskim poziomie, to w klasie wzrasta stres, obniża się energia, spada dynamika. Ta zależność komunikacji personelu i uczniów daje nadzieję, że zaangażowani pedagodzy mogą dawać poczucie bezpieczeństwa dzieciakom, które może nie dostały go wystarczająco w domu i to może być skuteczne. Szkoła może wiele nadrobić.
– Zapewnienie poczucia bezpieczeństwa to nasze – dorosłych główne zadanie?
– Powinniśmy być, słuchać, dawać mapę, dzięki której młodemu człowiekowi łatwiej będzie poruszać się po ścieżkach życia. Powinniśmy też wiedzieć, że wychowywanie to sztuka, że nie ma recepty na to czy tamto, że skazani jesteśmy na działania intuicyjne, czasami na porażkę. Słuchając drugiego człowieka, trzeba mieć na względzie, że nie ma czegoś takiego jak wypowiedź neutralna, że za każdą stoi określony system wartości. Warto brać na serio to, co mówią osoby młode, bo dla nich to prawdopodobnie ma większą wartość niż z naszej, dorosłej perspektywy. Są badania, które pokazują, że w bliskiej relacji umysły się synchronizują, tzn. jedna osoba niejako przejmuje część smutku od drugiej, poziom trudnych emocji u jednej osoby spada, a u drugiej rośnie. Mówiąc wprost – możemy zabrać część cierpienia swojego dziecka. Neurobiologia udowadnia, że jest to możliwe. To niekoniecznie będzie się działo w każdej rozmowie, ale w byciu razem, w zabawie, w wygłupach, na wycieczkach, w odrabianiu lekcji, w takim robieniu rzeczy razem, które pogłębia relację, bo relacja może pomagać. To nie znaczy, że ominie nas bunt nastolatka, to zupełnie nie o to chodzi, ale jeśli jest sporo tego „bycia razem”, to większa jest szansa na to, aby dziecko było mniej lękowe, odważniejsze życiowo i bardziej otwarte na innych oraz na nowe doświadczenia.
– Czym jest Mazowiecka Szkoła Zdrowienia, której wraz z Katarzyną Parzuchowską-Tercz jesteś inicjatorem?
– Mazowiecka Szkoła Zdrowienia to placówka oparcia społecznego dla osób z doświadczeniem kryzysu zdrowia psychicznego, działająca w modelu „recovery college”. Dopuszczamy też uczestnictwo bliskich takich osób oraz profesjonalistów – w praktyce wielu naszych studentów pełni kilka ról. Hasło, które nam przyświeca, brzmi „w szkolnych ławach na równych prawach”, czyli np. psychoterapeuta, który jest uczestnikiem zajęć, na czas zajęć musi zapomnieć o swojej profesji i uczestniczyć w nich tak samo jak osoba, która doświadczyła kryzysu psychicznego, pracując na swoim doświadczeniu kryzysu życiowego, choroby somatycznej lub niepełnosprawności. Studenci spotykają się niby z powodu swoich lub czyichś trudności psychicznych, ale nie w ośrodkach medycznych, lecz kulturalnych. Współpracujemy z Domami Kultury Kadr i Stokłosy, dzięki czemu mimowolnie mieszamy się z lokalnymi społecznościami i zwiększamy szansę osób na odnalezienie swoich ról społecznych innych niż „bycie pacjentem” czy „bycie osobą chorą”. Aktualnie jest to propozycja dla ludzi dorosłych, ale w planach mamy rozszerzenie swoich działań na seniorów i osoby nastoletnie.
– Jakie zajęcia proponujecie?
– W zakończonym pod koniec zeszłego roku semestrze zimowym prowadziliśmy 10 kursów, m.in. z zarządzania finansami i na temat samoakceptacji. Od marca rozpoczynamy semestr wiosenny, w którym proponujemy m.in. zajęcia o podróżach, o relacjach, o neuroróżnorodności oraz z samoobrony i asertywności. Prowadzimy też grupę teatralną. Czyli chcemy, aby uczestnicy powrócili do aktywności i obszarów życia, od których kryzys zdrowia psychicznego ich oddalił. Każde zajęcia są prowadzone przez eksperta przez wiedzę i eksperta przez doświadczenie. Uczestnicy siedzą w kręgu, zwykle mówią sobie po imieniu. Częściej niż wykładowo pracujemy warsztatowo, nie udzielamy rad, co czasami jest powodem konsternacji studentów. Niektórzy chcieliby otrzymać jakieś konkretne wskazówki dotyczące tego, co robić i jak żyć, ale my takich nie umiemy dawać.
– Co zatem daje uczestnictwo w zajęciach?
– Idealnym celem jest znalezienie przez osobę swojej pozytywnej tożsamości, wartościowej roli społecznej na jej miarę, w której będzie się czuć dobrze pomimo diagnozy psychiatrycznej. Na tym polega zdrowienie indywidualne albo osobiste, czyli kamień węgielny ruchu recovery. Dlatego mieszamy tematy rozwojowe z codziennymi. Z jednej strony mówimy o samoakceptacji, z drugiej o pasjach i podróżach, tak żeby studenci mogli zbudować własny pozytywny obraz siebie oparty na zasobach, na tym, co mają w sobie, na swoich marzeniach, a nie na tym, co stracili. Na tym też polega różnica między leczeniem a zdrowieniem. Bo jeśli osoba się leczy, to znaczy, że jest chora. Czy zdrowienie oznacza, że jest się zdrowym? Niekoniecznie. Można dalej przyjmować leki, uczęszczać na psychoterapię, może nawet zdarzyć się pobyt w szpitalu, ale te zdarzenia będą stanowić tylko fragment życia, a nie nad nim dominować. Można więc powiedzieć, parafrazując Fryderyka Nietzschego, że zdrowienie to perspektywa na chorowanie.
– Zwróćmy uwagę na to, że nie jesteście jakąś eksperymentalną ideą. Takie szkoły działają od lat 90. ubiegłego wieku w Wielkiej Brytanii czy Skandynawii, a osoby, które doświadczyły kryzysu zdrowia psychicznego mogą korzystać z nich w ramach swojego ubezpieczenia zdrowotnego. Tam jest to część państwowego systemu opieki zdrowotnej.
– To prawda, natomiast u nas jest to dalej innowacja. Zajmujemy się adaptacją uznanego modelu „recovery college” do warunków polskich. Mogliśmy zacząć dzięki 3-letniemu grantowi Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej, który zapewnia nam działalność do końca 2026 roku. Pierwszą inspiracją było doświadczenie znajomej Katarzyny Parzuchowskiej-Tercz sprzed kilku lat, która w Kopenhadze podczas wypisu po hospitalizacji psychiatrycznej dostała zaproszenie do takiej placówki. Czerpaliśmy też z doświadczeń szkoły zdrowienia w czeskiej Pradze, która, podobnie jak nasza, działa w trybie dotacyjnym i kierowana jest przez organizację pozarządową.
– Myślę, że warto, aby powstawały miejsca wsparcia osób w kryzysie zdrowia psychicznego, stanowiące alternatywę dla Poradni Zdrowia Psychicznego czy oddziałów szpitalnych.
– W żadnym razie nie jesteśmy alternatywą, chcielibyśmy raczej lokować się równolegle albo raczej po standardowym leczeniu. Chociaż w teorii możliwe, w praktyce zdrowienie dzieje się po znalezieniu odpowiedniego leczenia medycznego. Bywa też, że ścieżka zdrowienia pomaga w leczeniu. Podczas kwalifikacji zawsze sprawdzamy, czy dana osoba ma odpowiednie zaopiekowanie medyczne.
Być może jest natomiast tak, że pewna idea związana z ruchem recovery jest istotna systemowo dla ochrony zdrowia, że nie tylko zawodowi „pomagacze” mają w niej swoje role – w tym jest to podejście podobne do Otwartego Dialogu albo też do modelu „domu klubu”, gdzie stawia się na wartość relacji koleżeńskich, zawiązywanych podczas wykonywania codziennych obowiązków zawodowych, jak to dzieje się w Warszawskim Domu pod Fontanną. Za każdym razem widzimy, jak duża jest waga nieprofesjonalnych form wsparcia, czyli po prostu relacji międzyludzkich, które jeśli mają wysoką jakość, stanowią czynnik chroniący przed kryzysami, a gdy już kryzys nastąpi, pomagają go szybciej zażegnać.
Psychiatria dzieci i młodzieży jest być może nawet w szczególnym położeniu, bo jej system jest zakorkowany i prawdopodobnie będzie, jeśli uznamy, że tworzą go tylko profesjonaliści. Jestem zdania, i to też potwierdzają psychiatrzy dziecięcy, że dobrze byłoby, abyśmy byli dla siebie wzajemnie takimi „pomagaczami”. Rodzina, przyjaciele, współpracownicy, nauczyciele, grupa rówieśnicza – wszyscy możemy wzajemnie się wspierać. Oczywiście są przypadki wymagające zasięgnięcia porady u specjalisty, są takie, kiedy konieczne jest zastosowanie farmakologii, czasami kryzys zdrowia psychicznego jest tak poważny, że niezbędna jest hospitalizacja. Ale zdrowienie zaczyna się wcześniej. Powinniśmy uwierzyć, że mamy coś do powiedzenia, że inni mają ważne rzeczy do powiedzenia i że najlepiej słyszymy się, słuchając.