Sukcesy mierzone małymi krokami. Z Ewą Kostroń rozmawia Katarzyna Bocheńska-Włostowska
Uzależnienie jest chorobą, która dotyczy całej rodziny. Jest chorobą, z którą żyjemy do końca. Może dlatego zrozumienie tego problemu i jego mechanizmów jest tak ważne dla bliższego i dalszego otoczenia. Do rozmowy na temat przyczyn i skutków uzależnień zaproszenie Katarzyny Bocheńskiej-Włostowskiej przyjęła Ewa Krasoń, Autorka publikacji Radość Matki i łzy. Tytuł ten to książka, która łączy w sobie opowieści matek jak i wiele wskazówek terapeutycznych. Badania przeprowadzono na gruncie amerykańskim, wśród polonii poprzez obserwacje uczestniczące.
Pani Ewo, Pani publikacja ukazała się pierwszy raz w 2017 roku, teraz jest jej wznowienie w Oficynie Wydawniczej Impuls. Treść tej książki nie zestarzała się jednak ani odrobinę, mimo upływu lat. A mogę pokusić się o stwierdzenie, że stała się jeszcze bardziej aktualna.
Niestety tak jest. Statystyki w Ameryce mówią, że rocznie umiera 130 tysięcy młodych ludzi. Są to ofiary narkotyków. Opowieść „Matki” jest relacją z historii matek, które walczyły o dzieci. Te historie mają już swoje lata, ale mechanizmy uzależnienia, terapii się nie zmieniły. Środki odurzające jedynie są coraz gorsze, coraz bardziej śmiercionośne.
Jak czytałam Pani książkę, wsłuchiwałam się w historie matek i ich dzieci, to przyszła mi do głowy myśl, że w tych historiach nie ma mężczyzn.
Uczęszczałam na grupę rodziców dzieci uzależnionych od narkotyków przez 7 lat. Spotykaliśmy się w stowarzyszeniu polsko-amerykańskim w Chicago i na tych spotkaniach były matki, tam nie było ojców. Nie mogę powiedzieć, że ci ojcowie nie walczyli, ale kobiety uczestniczące w terapii wielokrotnie podkreślały, że czują się osamotnione, bardzo by chciały, aby mężczyźni towarzyszyli im w tym procesie terapeutycznym, wsparcia.
Matki więcej są wstanie znieść, więcej wybaczają?
Myślę, że matki potrafią więcej znieść, są bardziej zdeterminowane, W końcu to one noszą ciąże, to one rodzą.
W podtytule tej książki ma Pani „RADOŚC i ŁZY”. Pani bohaterki odczuwają radość, gdy…
Radość odczuwa się z samego macierzyństwa, dzieci są zawsze radością, nawet wtedy, kiedy stwarzają problemy. A łzy, no cóż to część życia.
Jak patrzy Pani na historie kobiet-Pani bohaterek to czy udało się im uratować dzieci? Wyrwać ze szponów nałogu?
Te historie mają tragiczne finały, ale i happy endy. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że w uzależnieniu szanse są 50/50. W grupie tych osób, które poznałam połowie udało się uratować dzieci. Druga połowa niestety doświadczyła ich śmierci.
Pani bohaterki, ale i terapeutka, która im towarzyszy często artykułują taka oto myśl: że uzależnienie to „taka choroba którą się zalecza ale nie wylecza…”
Chorobę tę można skutecznie zatrzymać. Aby jednak to zrobić trzeba dużo wiedzieć na je temat i przyjąć do wiadomości fakt, że moje dziecko zmaga się z chorobą. Na początku rodzice nie bardzo chcą przyjąć do wiadomości fakty. Szukają jakiś usprawiedliwień, wytłumaczeń dla takiego czy innego zachowania dziecka. Przychodzi jednak czas, kiedy prawdy nie da się zlekceważyć. I to jest moment, kiedy musimy zacząć uczyć się radzić sobie z uzależnieniem.
Od czego więc zacząć?
Doświadczenie podpowiada mi, że krzyczenie nie będzie najlepszym sposobem na walkę z uzależnieniem. Krzyk nie dotrze do dziecka uzależnionego w sposób otrzeźwiający. Potrzeba być konsekwentnym, kochającym, ale nie krzyczeć. Musimy podchodzić z miłością i szukać dróg i sposobów by doprowadzić osobę uzależnioną do leczenia. Uzależnienie bowiem to choroba śmiertelna, dlatego trzeba ją leczyć. Ta moja książka daje wiele wskazówek terapeutycznych, przykładów z życia na temat tego jak radzić sobie z tym problemem.
Historie przez Panią opisane nie koncentrują się wyłącznie na uzależnionym i matce, ale także dotyczącą innych członków rodzin. Czy dzieci wychowujące się w rodzinach, w których ich rodzeństwo jest uzależnione, nie wyrastają w poczuciu, że zostały zepchnięte na margines, czy wyrastają z deficytem miłości i troski? Matka bowiem skoncentrowana jest na pomaganiu choremu dziecku i innych członków rodziny angażuje w ten proces, czasami na siłę.
Absolutnie tak. Matka koncentruje się na uzależnionym dziecku, współuzależnia się od jego choroby i wymaga poświęcenia tego od innych. Dlatego, konieczna jest praca terapeutyczna. Aby zrozumieć, że czyha na nas pułapka.
Czy z osobami uzależnionymi trzeba mówić otwarcie, informując ich o tym, że jesteśmy gotowi im pomóc, ale granice naszego poświęcenia nie są nieskończone?
Takie postawienie sprawy jest fair. Osoba uzależniona przechodzi różne fazy. Kiedy zaczyna swoje uzależnienie robi to z różnych pobudek. Czasami, żeby spróbować, czasami dla towarzystwa, a potem jest coraz trudniej. Bierze się po to, by nie mieć syndromu odstawienia. Uzależnionym jest coraz trudniej. Muszą zdobyć pieniądze na kolejną działkę, zaczynają tkwić w marazmie, może chciałyby przerwać ten proces uzależnienia, ale nie mają siły, nie mają odwagi. I wtedy potrzebna jest rodzina, która usiądzie do szczerej rozmowy z uzależnionym. Okaże mu wsparcie, ale będzie chciała i od niego otrzymać odpowiedź dotyczącą tego, jak wyobraża sobie tę pomoc. Ale tu nie możemy dać się manipulować. Ten nałóg charakteryzuje się manipulacjami. Czasami kroki, które musimy podjąć są drastyczne. Musimy pozwolić np. dziecku wyprowadzić się, dotknąć dna. Wiem, jak to brzmi, ale nie ma innej drogi. Rozsądne argumenty zawodzą.
Kiedy czytałam Pani książkę łapałam się na tym, że powstanie po takim doświadczeniu jest trudne, że jako matka ciągle bym żyła ze strachem, że moje dziecko powróci do nałogu.
Ten strach jest, a może powinnam powiedzieć obawa. Ale uczymy się z tym radzić. Potrzebni są ludzie obok, ludzie którzy rozumieją naszą sytuację. Wspierają nas, a my nie wstydzimy się i nie bierzemy całej winy na siebie.
Czyli sukces mierzony małymi krokami?
Tak, zdecydowanie tak.
Dłuższą rozmowę z Ewa Krasoń możecie Państwo odsłuchać na stronie zapisanej w kodzie QR. Wystarczy zeskanować kod.
