Pełzające pokolenie – o co im chodzi?

Pełzające pokolenie – o co im chodzi?

Katarzyna Bocheńska-Włostowska

Pełzające pokolenie, pełzający nastolatkowie, pełzająca rewolucja, pełzająca zmiana, pełzający krzyk zauważcie nas. Tak w zasadzie rozpocznę wywód na temat pokolenia, które za kilka lat będzie pracować na swoje i nasze emerytury. Ten tekst piszę z perspektywy nauczyciela, rodzica, i wykładowcy i coacha. Osoby, która pracuje na co dzień z pokoleniem nastolatków, młodych dorosłych. Osoby spotykającej się z pokoleniem Z i Alfa w bardzo różnych przestrzeniach, sytuacjach, nie tylko dydaktycznych. Osoby, która niekoniecznie chce wrzucić czy zaszufladkować zachowania tej grupy i niebezpiecznie uogólnić. 
 
Dzisiejsi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie często narzekają na młodych ludzi, mówiąc, że jest to pokolenie roszczeniowe, leniwe, niezdolne do niczego. Pokolenie, które nie umie podjąć wyzwania, któremu nie chce się pracować. Czy to jest przypadłość tylko nastolatków XXI wieku? Myślę, że nie, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że inność to cecha, która znamionuje wszystkie pokolenia. Generacje wcześniej urodzone zawsze upatrywały w młodszym pokoleniu gorszych zachowań. Widzieli w nich ludzi zdegenerowanych i np. zarażonych spleenem. Tymczasem już Arystoteles, Platon, Sokrates narzekali na młodych ludzi. Wieszczyli nawet koniec cywilizacji mówiąc, że te pokolenia, które kroczą za nimi, nie są zdolne do niczego. Sądzę, że dzisiaj, mając za sobą doświadczenia wielu wieków rozwiniętej nauki psychologii, pedagogiki, filozofii, socjologii, jesteśmy zobligowani do nieco bardziej pogłębionych badań dotyczących zmian pokoleniowych.  Nie wystarczy stwierdzić, że dzieci i młodzież reprezentują destrukcyjne zachowania.

Nie wystarczy grzmieć, że podejmują ryzykowne działania i leczyć skutki. Powinniśmy raczej diagnozować przyczyny tego, co prowadzi młodych ludzi do nieakceptowalnych przez nas zachowań, zachowań zagrażających także im. Wyposażeni w wiedzę i doświadczenie musimy nauczyć się zadawać właściwe pytania oraz zdobyć się na uczciwą odpowiedź. 


Z pewną troską czytam komentarze pod artykułami donoszącymi o pełzających nastolatkach w galeriach handlowych, galeriankach (niestety to zjawisko nie zniknęło), młodzieży spędzającej czas nie w bibliotece, kinie, ale na ulicy w sposób bezproduktywny. W dialogu na forum dostrzegam kpinę, oburzenie i lekceważenie problemu. W zasadzie kusi mnie, aby zapytać – parafrazując za Gogolem – „z czego dworujecie”? Zapytałam więc rówieśników tych pełzających w galerii o co chodzi, czy to nowy trend, nowy sposób wyrażania buntu? Nie potrafili dać klarownej odpowiedzi. W zasadzie, upraszczając, powiedzieli: tak jest i już. Nie do końca im się to podoba, bardziej ich to śmieszyło i żenowało niż zachwycało. 


A więc czy to, co czynią współcześni nastolatkowie to tylko moda? Okres dorastania zawsze był czasem pełnym wyzwań, ale w dzisiejszym świecie, gdzie presja społeczna, szybkie zmiany technologiczne i zmieniające się oczekiwania społeczne są na porządku dziennym, młodzi ludzie stają przed jeszcze większymi wyzwaniami niż kiedykolwiek wcześniej. Istnieje wiele trudności, z którymi muszą się zmierzyć. W prostym ćwiczeniu na edukacji medialnej moi uczniowie, mieli napisać felieton, prosty, łatwy, na bieżący temat. Dostałam ich prace i przeczytałam ich wyznania. Piszą o swoich problemach, problemach swoich rodziców. Przypadek? Nie sądzę. Po prostu, chcą to powiedzieć. W przeciwnym razie wybraliby neutralny temat.


Pokolenie ich nauczycieli, rodziców i dziadków nie rozumie działań pozbawionych konstruktywizmu i mówiąc oględnie – sensu. Przyjrzyjmy się wspólnie tej liście.

  • Momo challenge – jest pewnego rodzaju grą, której głównym bohaterem jest odstraszająca swoim wyglądem lalka. Ma ona wielkie wyłupiaste oczy i tułów ptaka. Momo umieszczana jest w filmach na YouTube, a nawet na YouTube Kids. Rodzice myślą, że ich dziecko ogląda bajkę, a tak naprawdę w trakcie jej emisji na ekranie pojawia się przerażająca postać, która nakłania dzieci do wykonywania niebezpiecznych zadań, bez mówienia o tym rodzicom.
  • Pass out challenge – wyzwanie polega na tym, że uczestnicy przykucają i zaczynają szybko, płytko oddychać. Następnie dynamicznie wstają i wkładając kciuk do ust, wstrzymują oddech. Takie działanie powoduje, że do mózgu nie jest transportowany tlen, co skutkuje utratą przytomności.
  • Skin stitching lub skin swing – uczestnicy wyzwania wyszywają na swojej skórze różnorodne wzory, które powinny pozostać na ciele jak najdłużej. Czynią to tradycyjnie igłą i nitką.
  • Tide Pod Challenge – wyzwanie polega na zjedzeniu kapsułek do prania. 
  • Kiki Challenge – wyzwanie polega na wykonaniu na ulicy tańca do piosenki.
  • Ultimate Selfie Challenge – gdzie należało zrobić sobie zdjęcie w sytuacji zagrażające życiu.

To zaledwie niewielki wyimek działań, które nazwać możemy ryzykownymi. Ewidentnie stanowią zagrożenie życia i zdrowia psychicznego. Dlaczego więc pokolenie nastolatków sięga po takie rozwiązanie. Tu światło rzucili mi na ten problem moi uczniowie. Podczas jednej z lekcji, kiedy dokonywaliśmy oceny bohaterki literackiej. Moi uczniowie nagle dostrzegli, że owa postać z „LALKI” Bolesława Prusa ma podobne problemy jak oni. Jakie to są problemy? Po pierwsze zauważyli, że rodzice często dbają o to, żeby żyli w złotej klatce. Realizują często pragnienia i marzenia ich opiekunów. Zanim zdążą o czymś pomyśleć, to już to mają. Ich rodzice miewają wyrzuty sumienia, jeśli nie mogą sfinansować im drogiej wycieczki klasowej czy prestiżowych korepetycji.  Ale nie mają jednej rzeczy, a mianowicie nikt nie ma dla nich czasu i nikt nie zauważył, iż po prostu potrzebna jest im relacja międzyludzka. Czują się samotni, zagubieni i szukają alternatywy. Przyznali, że rozwiązaniem dla takiego samotnego bytu są często tak zwane imprezy zakrapiane alkoholem. Pozwala im to poczuć się jakby byli samodzielni, czyli mogli sami o sobie decydować. Oczywiście zdają sobie sprawę z tego, że jest to ułuda, a przebudzenie z tego amoku bywa bardzo bolesne.  Poza tym, to przebudzenie pogłębia w nich jeszcze bardziej uczucie osamotnienia, niezrozumienia. W zamian oczekuje się od nich bycia najlepszymi.  Mają problemy z samoakceptacją. Ale dorośli im tego nie ułatwiają. Wielokrotnie podkreślają, że są w czymś niedoskonali. Nikt nie mówi jesteś super, zrobiłeś to świetnie. Dla dorosłych naturalne i niewymagające pochwał jest wykonywanie zadań dobrze. Ale jak zrobiłeś coś źle, to trzeba ci to 100 razy wytknąć. W szkole jest podobnie. Dostałeś czwórkę – nic się nie dzieje, nie zaliczyłeś sprawdzianu – jesteś zagrożony i beznadziejny. Wiedzą o sobie, że zbyt szybko się poddają. Ale nie potrafią sobie z tym radzić. Brak im w ich otoczeniu ludzi z pasją i charyzmą. Jak spotykają kogoś takiego na swojej drodze, to są zdziwieni, ale imponuje im to, chociaż nie rozumieją, że komuś może na czymś zależeć, chociaż nie będzie za to nagrodzony wyższą pensją. Nie znoszą, kiedy się na nich burczy i nie rozmawia z nimi, nie wyjaśnia, tylko wymaga. Są jak rozbitkowie na bezludnej wyspie, wokół której pływają rekiny.


Kiedyś zapytałam jednego z rodziców, czy uważa, że jedynym działaniem, jakie powinien wykonać, to zaprowadzić dziecko do psychologa i zapisać mu środki na obniżony nastrój. Zdziwił się i nie zrozumiał intencji mojego pytania. Brzmią mi w uszach pytania ratownika medycznego, który przyjechał do jednej szkół, w której został skatowany uczeń przez swojego kolegę: „Co musi się stać, żebyście zaczęli reagować, żebyście coś zrobili?” I to pytanie pozostawiam jako pointę.
   
Autorka jest doktorem nauk humanistycznych, pedagogiem, redaktorem, polonistą w jednym z warszawskich liceów, zajmuje się coachingiem. Felietonistka. Jest autorką wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych.