Orzeczenie o potrzebie…
Agnieszka Wójcik
– Mama obiecała mi chomika, jeśli będę miał czerwony pasek – mówi chłopiec, który wszystkie przerwy między lekcjami spędza na powtarzaniu materiału. Jego ciało drży, gdy otrzymuje zadania do rozwiązania.
– Rodzice mają mnie dość, znów ich zawiodłam – opowiada dziewczynka, która otrzymała czwórkę z klasówki. Nie chce wracać do domu, boi się reakcji mamy.
Dziecko, które nie zadowoli, nie spełni oczekiwań, nie zrealizuje planu – czuje lęk przed kolejnym: do niczego się nie nadajesz. Nawet, jeśli takie słowa nigdy nie padły z ust opiekunów, pojawiają się w sercu dziecka w wyniku przekonania o braku akceptacji. Wystarczy smutne spojrzenie rodzica, jego milczenie, by zasiać w dziecku poczucie bycia kimś niewystarczającym.
W dorosłym życiu bardzo trudno oduczyć się tego, co w młodości jest utrwalane. Ciągła potrzeba zasługiwania – by otrzymać obecność, akceptację, zainteresowanie – potrafi wyryć w człowieku trwały ślad.
Podstawą prawidłowego rozwoju dziecka jest poczucie bezpieczeństwa. Rodzicielstwo nie jest zbiorem przepisów, ale znakiem odpowiedzialności i zobowiązaniem do miłości, ochrony. Rodzic jest gwarantem bezpieczeństwa dziecka.
Gdy młody człowiek otrzymuje od zaufanego dorosłego jasny i jednoznaczny komunikat, że jest wystarczający – zostaje wyposażony w siłę i sprawczość. Tym komunikatem nie są tylko słowa, które o tym zapewnią. Potrzeba klarownych postaw (staję w obronie swego dziecka), pozbawionych dwuznaczności gestów (traktuję poważnie każdą sprawę), stałej – niezależnej od okoliczności – deklaracji (zawsze jestem przy tobie). W takim środowisku topnieje każda myśl o byciu gorszym, niegodnym uwagi czy bezwartościowym.
Jedną z przeszkód, która utrudnia rodzicom zapewnienie swym dzieciom bezwarunkowego poczucia bezpieczeństwa jest nieumiejętność lub niechęć do rezygnacji ze swego celu na rzecz spełnienia potrzeb, marzeń dziecka, do zaakceptowania swojego życia i uznania odrębności dziecka. Dorośli zbyt często konfrontują się ze swymi kompleksami w działaniach, wyborach i sukcesach swych dzieci. Nie godzą się na swoje życie – na to, jakie jest i chcą kreować rzeczywistość w taki sposób, jakby istniała jedna pożądana osobowość, jeden właściwy rodzaj myślenia, jedno doskonałe dziecko. Ich dzieci mają coś wypełnić, dokończyć, naprawić. Dzieje się tak, gdy dorosły unika osobistej konfrontacji ze swoją przeszłoscią, szuka łatwych rozwiązań w teraźniejszości i czyni dziecko rekompensatą swoich braków. Najwyższy czas zwolnić dzieci z tej odpowiedzialności!
– Nie chcę, by moje dziecko popełniło podobne do moich błędy i powieliło mój los. – Takie zdanie codziennie wypowiada wielu dorosłych. Dlaczego tak często pada to stwierdzenie? Brzmi ono niewinnie, nawet altruistycznie. Można by je więc zaklasyfikować do stwierdzeń pozytywnych nieszkodliwych, a na pewno neutralnych. W przyrodzie bowiem ochrona potomstwa to nadrzędny cel opieki. Dorosły osobnik daje oparcie, on jest źródłem regulacji emocji. To on dba o zasoby i je rozdziela. Karmi, gdy młode jest głodne, chroni, gdy jest zagrożone. Ile gatunków, tyle sposobów na zapewnienie bezpieczeństwa rodzinie. Ale młode w żadnym z rodzajów rodzin nigdy nie jest odpowiedzialne za zaspokojenie potrzeb pozostałych członków rodziny. U ludzi ten porządek często ulega zniszczeniu, role się odwracają, ponieważ dziecko staje się dawcą. Dochodzi do zachwiania równowagi w dziecku i w całej rodzinie. Co tak naprawdę rodzic chce uzyskać, gdy deklaruje: Chronię cię przed powtarzaniem moich błędów? Może pod tym, co mówi, kryje się: Poprzez decyzje, wybory, działania, które ci wskażę – wyeliminuj moje błędy. Skoryguj moje życie swoim życiem, napraw to, co ja zepsułem. W tobie chcę się zmierzyć z przeszłością. Dzięki tobie chcę odnieść sukces i przestać odczuwać niespełnienie.
Takich żądań nie jest w stanie zrealizować młody człowiek, który znajduje się w procesie budowania fundamentów swojej tożsamości: uczy się wybierać, budować relacje, nazywać rzeczy, rozpoznawać prawdę. Jeśli dorosły oczekuje od dziecka uzdrowienia własnej przeszłości – niszczy naturalny porządek. Dzicko jest wyczerpane staraniem się i zaspokajaniem dorosłego, a ten nigdy nie zostaje zaspokojony, ponieważ potrzeby rodzica są daleko większe od zasobów dziecka. Żaden człowiek nie może być rekompensatą braków innego człowieka.
W przeszłości, np. w czasach wojny od młodych ludzi wymagano za dużo. Nie dostali, a mieli ofiarować. Nie dorośli, a już zażądano od nich nie tylko bycia odpowiedzialnymi, ale radykalnymi – aż do poświęcenia tego, co posiadali, do oddania życia. Ten pokoleniowy deficyt jest widoczny w działaniach współczesnego człowieka, mimo że dziś już nie trzeba umierać. Brak, niedostatek, niedosyt nadal na różne sposoby wpływają na rodzicielskie decyzje i działania. Dochodzi do nadużyć. Albo dziecko jest narzędziem do osiągnięcia celu, albo staje się dla rodzica całym światem. W obu przypadkach mamy do czynienia z patologią rodzicielską, ponieważ te dwie postawy mówią: Jesteś mi do czegoś potrzebny.
Skrajności wychowawcze prowadzą do wynaturzenia relacji rodzic-dziecko. Brak rodzi brak. Dziecko, które nie otrzymało, które zostało wyeksploatowane – będzie szukało tego, czego zostało pozbawione: zasobów, które miały mu zapewnić rozwój. To dziecko staje się dorosłym, który będzie szukał i za wszeklą cenę zdobywał. To ono przemienia się w rodzica, który łaknie tak bardzo, że zaczyna „karmić się swoimi dziećmi”. Głód się nie kończy, a kolejne pokolenia są wyczerpane bezskutecznymi próbami zaspokojenia zaniedbanych dziecięcych potrzeb.
Takie zachowania, rodzaje więzi czy sposoby radzenia sobie z niesprzyjającą rzeczywistością mają wiele imion. Mówi się o nieprawidłowych relacjach, zaburzeniu osobowosci, wychowawczej schizofrenii itp. Nazwane, sklasyfikowane lubi być zamknięte w jednoznaczność. Warto pamiętać, że człowiek nie jest jednoznaczny.
Jeśli dziecko nie usłyszy, że jest wolne od odpowiedzialności za dom i wszystko, co się w nim dzieje – utknie w przekonaniu o tym, że to jego wina, bo się nie układa. Zacznie się zachowywać w sposób odbiegający od przeciętnego, społecznie akceptowanego. Jego zachowanie może być zbliżone do tego, które określa się mianem zaburzenia. Nie będzie ono wynikiem bycia osobą z niepełnosprawnością, ale wykluje się na łonie deficytu niezbędnych do życia zasobów: uwagi, miłości, zrozumienia, akceptacji, bezpieczeństwa.
Dziś coraz więcej dzieci otrzymuje orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Taki dokument bywa przepustką do zmiany – m.in. do dostosowania warunków domowych i edukacyjnych do potrzeb dziecka i jego możliwości rozwojowych (intelektualnych, fizycznych, społecznych). Wpływa na życie dziecka, na jego rodzinę i wywołuje różnorodne reakcje w społeczności szkolnej i otoczeniu. Wyjaśnia niezrozumiane dotąd zachowanie, daje wskazówki do korekty. Czasem zamyka w ramy opisu, który ma wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć istniejący stan. I – zamiast być podpowiedzią, staje się usprawiedliwieniem. Młodzi różnie reagują. Jedni – gdy otrzymują prośbę o wytłumaczenie swego zachowania – legitymują się orzeczeniem. Czynią z niego coraz częściej przepustkę do nadużyć, tłumacząc: ja taki jestem, mam to udokumentowane, niczego nie da się zrobić. Inni wstydzą się tego, że potrzebują specjalistycznej pomocy. Niechętnie korzystają z niej, próbują podważyć opinię i udowodnić swoją wiedzę, wyższość, przewagę. Są i tacy, którzy dostrzegają w zaleceniach zawartych w orzeczeniu szansę na poprawę swojej sytuacji.
Aby dobrze rozpoznać przyczynę nieodpowiedniego (anormatywnego) zachowania czy nieprawidłowego (innego niż przeciętny) rozwoju dziecka, potrzeba uważności i podjęcia wysiłku. Zanim młody człowiek otrzyma diagnozę, musi być poddany wnikliwej obserwacji w warunkach domowych, szkolnych i innych. Zbyt wiele razy dochodzi do pomyłki – orzeka się błędnie lub nieprecyzyjnie. Zdarza się, że rodzice celowo lub nieświadomie podważają konieczność wydania orzeczenia. Są to osoby, które traktują dziecko jako wyznacznik swoich sukcesów lub porażek, a orzeczenie oznacza dla nich wykluczenie, kompromitację. Aby tego doświadczenia uniknąć, ich opinia na temat dziecka bywa uproszczona lub nieprawdziwa. To prowadzi do błędnej diagnozy, źle opracowanych wytycznych i nieskutecznych działań. Szkody, jakie ponosi dziecko, otrzymując nieadekwatną diagnozę lub (choć jest taka potrzeba) nie otrzymując jej wcale – są bardzo dotkliwe. Ich konsekwencje trwają dotąd, dopóki rodzic traktuje dziecko jak historię o sobie.
Zanim powstanie dokument potwierdzający potrzebę o kształceniu specjalnym, należy poddać wnikliwej analizie wiele czynników. Należy dokładnie przyjrzeć się dostępności i jakości zasobu, jakim jest obecność zaufanego i odpowiedzialnego dorosłego.
Wiele deficytów dziecka pochodzi z braku możliwości skorzystania z podstawowych środków niezbędnych do rozwoju. Zaburzony przepływ tych zasobów – każda dysproporcja czy deficyt – przyczyniają się do nieodpowiedniego funkcjonowania. Można dziecku wtedy łatwo nadać imię niepełnosprawnego, niedostosowanego społecznie, ponieważ wykazuje znamiona osoby z niepełnosprawnością i nieradzącej sobie z zasadami obowiązującymi w grupie.
W wielu sytuacjach wydanie orzeczenia jest uzasadnione. Dziecko potrzebuje specjalistycznego wsparcia, ponieważ próby pomocy okazują się nieskuteczne, a dotychczasowa praca nad poprawą sytuacji nie jest wystarczająca. Orzeczenie tworzy się dla konkretnego dziecka, jest sprawą indywidualną i nie może mieć znamion uogólnienia. Powinno być opracowane z najwyższą starannością, ponieważ traktuje o wrażliwej materii, jaką jest prawidłowy rozwój dziecka.
Dlatego – zanim dojdzie do stwierdzenia konieczności wprowadzenia specjalistycznych działań rewalidacyjnych, terapeutycznych – potrzeba wprowadzić korektę w przestrzeni wychowawczej, domowej. To tu wszystko się zaczyna i utrwala. Jeśli dziecko pełni w rodzinie rolę obrońcy lub kreatora zasobów, jest mediatorem – nie będzie prawidłowo się rozwijać, ponieważ eksploatacja, której jest poddawane, prowadzi do wyczerpania. Terapia nie wystarczy, ponieważ potrzeba zmian w domowych podwalinach. Gdy zaczyna brakować podstawowych zasobów, gdy oczekuje się od dziecka ich uzupełniania lub ochrony – pojawiają się deficyty. Wtedy w orzeczeniach, opiniach powtarza się stwierdzenie różnego rodzaju braku: zdolności, koncentracji, skupienia, umiejętności dostosowania się. W dziecku wszystkie te braki malują obraz niewystarczalności i otrzymują jedno imię: brak akceptacji siebie.
Jak się stać rodzicem, który jest dorosłym godnym zaufania? Zwolnić dziecko z odpowiedzialności za swoje życie, za to, co się dzieje w rodzinie, by nie czuło się przytłoczone ciągłą potrzebą rodzica, by nie musiało potwierdzać, że ten jest kochany. Od dziecka nie może zależeć zbyt wiele, od dziecka nie zależy szczęście dorosłego. By przestać szukać tego potwierdzenia w dziecku i w drugim człowieku, trzeba zauważyć, zbiżyć się i zaakceptować każdy moment życia, w którym zabrakło wiary w swoją bezwarunkową wartość. Dziecko nie uleczy przeszłości rodzica. To odpowiedzialność opiekuna. Budowanie relacji zaczyna się od dorosłego, nie od dziecka.
Trzeba być uważnym na to, w jaki sposób rozwija się dziecko. Zdarza się, że pierwsze sygnały problemu nie są wyraźne. W każdej sytuacji niepewności potrzebna jest konsultacja ze specjalistą, aby zweryfikować konieczność interwencji i wybrać najlepszy sposób pomocy dziecku.
Oferta zajęć terapeutycznych jest skierowana do coraz młodszej grupy odbiorców. Czasem promowanie tego rodzaju usług bywa przesadne, nachalne. Rodzic – zanim dziecko przyjdzie na świat – jest bombardowany zaproszeniami do uczestniczenia w różnego rodzaju kursach, szkoleniach na temat zagrożeń, deficytów, problemów rozwojowych dziecka. Otrzymuje wiele informacji, które wzajemnie się wykluczają. Dlatego nie może wyzbyć się myśli: moje dziecko nie rozwija się prawidłowo.
Domy stają się miejscem eksperymentów wychowawczych i coraz rzadziej sprzyjają naturalnemu dojrzewaniu. Dorośli zapominają, że podstawą zdrowego rozwoju jest bezpieczna relacja z opiekunem. Zaniedbywanie jej np. na rzecz dostosowania się do obowiązujących trendów, to ryzyko późniejszych zaburzeń. Pojawia się pytanie, w jaki sposób rozpoznać realną potrzebę, by we właściwym czasie i w odpowiedni sposób podjąć interwencję. Potrzeba w zrównoważony sposób reagować na problemy rozwojowe dziecka. Wiele dzieci potrzebuje specjalistycznej pomocy, wiele jej nie potrzebuje. Nie każde dziecko, które nie je – ma wybiórczość pokarmową. Nie każde, które nie załatwia się na nocnik – potrzebuje treningu czystości. Nie każde, które nie dołącza do zabawy w grupie rówieśników – jest aspołeczne. Specjalistyczna pomoc bywa niezbędna. Ale każde radykalne działanie, które wpływa na naturalne i indywidualne etapy rozwojowe to niebezpieczna ingerencja w proces dojrzewania.
Obwiniamy swoich rodziców o to, że nie otrzymaliśmy od nich wystarczająco. Ale dziś – mimo łatwego wglądu w informacje dotyczące np. tematu wychowania – nie unikamy zadawania ran emocjonalnych swoim dzieciom. Czy usprawiedliwieniem tej sytuacji może być niewiedza lub brak dostępu do jej zdobycia? A może poddajemy się, bo brakuje czasu, siły, cierpliwości. Jeśli propozycje okazują się być zbyt wymagające, warto sięgnąć do prostych sposobów. Zamiast używać lokalizatora, który wskaże miejsce przebywania dziecka – zadzwonić, napisać. Zamiast śledzić postępy w dzienniku elektronicznym – zapytać, poczekać na informację od dziecka. Zamiast szykować komplet ubrań na rano – dać wybór, zachęcić do wysiłku.
Młody człowiek musi otrzymać przestrzeń na własne działanie, wypowiedzenie się, doświadczenie błędu i naprawienie go, na wybór i przeżycie po swojemu jakiegoś doświadczenia. Potrzebuje bycia w relacji, która jest akceptacją, ciekawością, bezpieczeństwem. Potrzebuje rodzica, który odważnie przyzna się do niego i utwierdzi go w przekonaniu: jesteś wystarczający, niezależnie od tego, czy zasłużyłeś, coś naprawiłeś lub osiągnąłeś.
Łatwiej postawić diagnozę niż nazwać przyczynę problemu. A to ona jest potrzebna, by zrozumieć i skutecznie pomagać. Wakacje to dobry moment na wyciszenie tematów szkolnych i skupienie się na nazwaniu realnych potrzeb dziecka. Nie warto teraz rozmyślać i obwiniać nieskuteczny system edukacji, ale trzeba podjąć refleksję nad funkcjonowaniem systemu rodziny. To przestrzeń na pewnego rodzaju destylację szkoły (wpływu z zewnątrz) od domu (wpływu z wewnątrz). Każde dziecko powinno otrzymać w tym czasie orzeczenie. Nie to o potrzebie specjalistycznego kształcenia, ale o potrzebie bliskości, akceptacji i miłości. A do podstawowych wytycznych tego dokumentu należy: Zwróć młodemu człowiekowi, który jest nadwyrężony oczekiwaniami dorosłych, jego dziecięctwo. Zwolnij dziecko z narracji, że jest ci do czegoś potrzebne.
Autorka jest redaktorem, autorką książek, pedagogiem, specjalistą profilaktyki i edukacji publicznej.