Kiedy troska staje się widowiskiem
Katarzyna Bocheńska-Włostowska
Jeśli ktoś rzeczywiście deklaruje myśli samobójcze, oznacza to, że jest w stanie poważnego kryzysu psychicznego. To nie jest po prostu informacja, to sygnał wymagający wsparcia, a nie – jak często się niestety dzieje – medialnej ekspozycji i politycznego wykorzystywania.
W Sejmie dyskutowano o przyszłości matury z matematyki. Jednym z głosów, który poruszył opinię publiczną, była wypowiedź młodego człowieka, który mówi, że nie rozumie matematyki, że jego samoocena sięgnęła dna, że ma myśli samobójcze. Mówi to poważnie. Publicznie. Przed kamerami. I nikt nie przerywa.
Ekspozycja cierpienia
To zdarzenie poruszyło mnie nie dlatego, że jestem za albo przeciwko obowiązkowej maturze z matematyki. Poruszyło mnie jako człowieka. Dla niektórych osób wypowiedzenie na głos swoich problemów może być terapeutyczne. Ale na forum publicznym, zwłaszcza tak spolaryzowanym jak Sejm, istnieje realne ryzyko wtórnej traumy: narażenie na wyśmianie, zbagatelizowanie, hejt, wykorzystanie instrumentalne. To nieetyczne, by osoba z wyraźnymi objawami obniżonego nastroju była wystawiona na ocenę i agresję opinii publicznej bez profesjonalnej opieki. W idealnym świecie – ktoś powinien wcześniej zorientować się, że to nie jest bezpieczna sytuacja dla tej osoby.
Problem może być realny (matura z matematyki vs. zdrowie psychiczne uczniów), ale posługiwanie się emocjonalnym świadectwem osoby w kryzysie jako argumentem politycznym jest co najmniej wątpliwe etycznie. W najgorszym scenariuszu może pogłębić jego cierpienie i wywołać efekt domina.
Mam uporczywe wrażenie – że nikt nie zapytał: czy on powinien być teraz tutaj? Czy ktoś go na pewno chroni? Zamiast tego pozwolono, żeby jego cierpienie stało się argumentem w debacie. Może nie intencjonalnie, może w dobrej wierze – ale zrobiono z jego bólu transparent.
Nie jestem terapeutą, ale wiem jedno – publiczna ekspozycja osoby w stanie psychicznego kryzysu bez odpowiedniego wsparcia to nie akt odwagi – to ryzyko pogłębienia jego cierpienia. W najlepszym razie spotka go fala niezrozumienia. W najgorszym – fala hejtu. A myśli samobójcze nie znoszą hejtu.
Nie trzeba być psychiatrą, żeby wiedzieć, że młody człowiek, który mówi o braku sensu życia z powodu szkolnych porażek, potrzebuje natychmiastowej pomocy – nie mikrofonu. Potrzebuje rozmowy w cichym pokoju, nie transmisji na żywo. Potrzebuje kontaktu ze sobą, a nie z kamerą.
Wiem, że to miało być poruszające. Wiem, że miał „dać świadectwo”. Ale zastanawiam się nad tym, czy jego zdrowie psychiczne było dla kogokolwiek ważniejsze niż przekaz, który miał wygłosić? Czy w tym wszystkim ktokolwiek zadał sobie trud, by pomyśleć, co stanie się z nim dzień, dwa, tydzień po tej sejmowej deklaracji?
W debacie o edukacji brakuje nam danych, rozmów z nauczycielami, reform, pieniędzy. Ale najbardziej brakuje nam cichej, konsekwentnej troski o człowieka – takiej, która mówi: Nie musisz nic mówić. Najpierw musisz być bezpieczny.
Nie wiem, jaka będzie przyszłość matury z matematyki. Bez porządnej debaty, wysłuchania głosów specjalistów, zważenia wszystkich za i przeciw, rozważenia starannie zmiany, wszystkie decyzje będą jedynie polityczną grą. Za trzy lata znów przywrócimy to, co pospiesznie wyrzucono, i znów chaos i zawiedzeni wyborcy. System edukacji potrzebuje zmian w strukturze. Kształcenia fachowców, dla których dyplom z mgr nie będzie jedynie przepustką do kariery. Potrzeba nam zróżnicowania szkół, a nie jednostronnego kształcenia. I nie dlatego, że ktoś jest gorszy, tylko dlatego, że każdy potrzebuje innej przestrzeni edukacyjnej. Teraz jednak mam jedną myśl: …że człowieka w kryzysie nie powinno się stawiać na mównicy. Bo jeśli naprawdę chcemy mówić o edukacji, musimy najpierw nauczyć się, jak nie szkodzić.
Tego się po prostu nie robi
Nie wystawia się osoby z myślami samobójczymi na scenę, by zrobiła za nas robotę. Żeby pokazała „jak jest naprawdę”. Żeby wzbudziła emocje i wstrząsnęła opinią publiczną. Bo to nie jest serial. To życie człowieka. A myśli samobójcze nie są hasłem sztandarowym – są stanem zagrożenia życia.
W Polsce codziennie kilka osób popełnia samobójstwo. Wśród nich coraz więcej dzieci i nastolatków. I nie dlatego, że są za słabi z matematyki. Ale dlatego, że nikt nie traktuje ich cierpienia serio. Bo nie mają bezpiecznej przestrzeni, by mówić. Bo zamiast rozmowy, dostają lajki, oburzenie albo hejt. Bo nawet gdy krzyczą „nie daję rady” – system polityczny i edukacyjny udaje, że nie słyszy. Albo wykorzystuje ich krzyk dla własnej sprawy.
Nie oceniam tego chłopaka. Wręcz przeciwnie – jestem poruszona jego bólem. Ale ktoś dorosły powinien był powiedzieć: nie dziś. Najpierw twoje zdrowie. Twoje życie. Twoje bezpieczeństwo.
Bo teraz ten młody człowiek – już nie jako osoba, tylko jako symbol – zostanie wrzucony do internetowego młynka. Już wylewa się fala szydery i pogardy. Już zaczynają się kpiące memy. A jeśli naprawdę był w kryzysie – to dziś tkwi w nim jeszcze głębiej.
A my? My niczego się nie uczymy
Od lat mówimy o „psychice młodzieży”, „depresji w szkołach”, „potrzebie wsparcia”. A potem pozwalamy, by młodzi ludzie gaśli na oczach kamer – tylko dlatego, że ich dramat dobrze wpisuje się w nasz przekaz polityczny.
To nie tylko nieludzkie. To nieodpowiedzialne. To niebezpieczne.
Jeśli naprawdę zależy nam na młodzieży, to musimy zacząć od podstaw: nie robi się polityki na cudzym cierpieniu. Nie robi się widowiska z cudzego bólu. I nie robi się debat na plecach tych, którzy nie są gotowi ich unieść.
Nie wiem, jaka będzie przyszłość matury z matematyki. Ale wiem jedno – jeśli nie zaczniemy chronić najsłabszych – przegramy wszyscy.